Edling mruknął coś pod nosem, a potem odkroił niewielki kawałek swojej porcji. Zażyczył sobie całkiem suchych, niepolanych niczym i pozbawionych cebulki ruskich. Jadał tak, od kiedy pamiętała.
– Naprawdę tego nie doceniasz – oznajmiła, nie przestając przeżuwać.
– Czego?
– Tych pierogów.
– Doceniam.
– Masz je na co dzień, trzy minuty na autonogach z prokuratury.
– Co nie znaczy, że…
– I jesteś tu co drugi dzień – ucięła.
Nie miała najmniejszych wątpliwości, że faktycznie tak jest. Wiele rzeczy mogło zmieniać się w życiu Gerarda, ale z pewnością nie to, że notorycznie chodził na obiady do „Pierożka”. Nie on jeden. W godzinach szczytu właściwie nie było tu szansy na znalezienie wolnego stolika.
– Dobra – rzuciła, krojąc pieroga na pół. – Mów, czego się dowiedziałeś od tego Fabischa.
Zaczęła żwawo przeżuwać, przyglądając się Edlingowi.
– Cóż…
– Bez wybiegów. Prosto z wiaduktu.
– W porządku – odparł, a potem odłożył sztućce.
Mimo tej demonstracji gotowości, by powiedzieć jej o wszystkim bezpośrednio, Gocha odniosła wrażenie, że coś go powstrzymuje. A może postanowił zachować jakieś informacje dla siebie?
Bez znaczenia. I tak wszystko z niego wyciągnie – miała w tym wieloletnie doświadczenie.