Wtedy zaczął się mój tożsamościowy refluks. Jadąc do Krakowa, może i wyobrażałem sobie, że jestem galicyjskim imigrantem, że dokądś wracam, ale już po kilku miesiącach stałem się śląskim emigrantem i dołączyłem do diaspory. W Galicji to śląskość zaczęła mnie odróżniać. Miałem dwadzieścia coś lat i zacząłem klecić sobie śląską tożsamość, ale nie było, cholera, z czego, bo co na tych paru zdjęciach i kilku rodzinnych anegdotach może wyrosnąć? Chabaź cherlawy. Za mało wiedziałem o Urbanie Kieslichu, by móc potraktować go inaczej niż jako półlegendarnego praszczura. Słyszałem o tym nieszczęsnym odłamku bomby i o tym, że pradziadek urodził się w 1867 roku w Królestwie Prus. Później babcia przypomniała sobie jeszcze imię jego żony – Johanna – oraz jej panieńskie nazwisko. Nie byli niczym więcej niż dziwnymi imionami i nazwiskami, kotwicą zarzuconą w prehistorię.