Kajś
Zbigniew Rokita — Reportaż historyczny

Po ogólniaku przeniosłem się na studia do Krakowa. Jak się wkrótce okazało – na pohybel mojej puszczającej pierwsze pędy kresowej tożsamości. Znalazłszy się w galicyjskich dekoracjach, prędko poczułem, że nie należą do mnie, nie rozumiałem ich. Mimo kilkunastu przemieszkanych tu lat nigdy się nie zadomowiłem. W Krakowie zewsząd z szyldów łypali Franciszek Józef i Józef Szwejk, wszystko chciało nawiązywać do Austro-Węgier, a ja, Zbigniew z Próchnickich, stawałem się przez to banalny. Na domiar złego miesiąc po opuszczeniu Śląska wsiadłem w pociąg i pojechałem zobaczyć ten nieszczęsny Lwów. Okazało się, że on niestety istnieje i że z mojej lwowskiej tożsamości nic chyba już nie będzie, bo w zderzeniu z ludźmi, którzy naprawdę do jakiejś kresowości i galicyjskości mogą aspirować, jestem po prostu śmieszny.

Moja wyobrażona lwowskość okazała się zresztą po opuszczeniu Śląska bezużyteczna. Przestała być mi zbroją przed pospolitością. Na Śląsku miała służyć uwzniośleniu, wykrzyczeniu, że przybyłem z dalekiej krainy, podkreśleniu mojej nietuzinkowości. Odróżnić.