Bo są tacy, którzy z jakiegoś powodu potrzebują owinąć się tożsamością szczelnie, po szyję. I ja też tak mam. A tam, gdzie brakuje treści, górę bierze forma i stąd już krótka droga do radykalizmu. Sąsiedzi mieli łatwiej, oni jakoś w tym tkwili, a ze mnie była trąbka, a nie Ślązak, miałem ledwie kropelkę śląskiej krwi. Jako dziecko zawsze grawitowałem ku miastu, a miasto tu było polskie, zaś otaczające je wiochy – śląskie.
W neofickim zapale konstruowałem jakąś opowieść, umawiałem się z samym sobą, że jestem Ślązakiem. Moja tożsamość była fanaberią. Przedsięwzięciem zupełnie niekoniecznym. Próbowałem się dokopać do jakichś korzeni, żeby tę umowność choć trochę uprawdopodobnić, na jakiś certyfikat śląskości sobie zasłużyć. Mogłem żerować na garstce starych zdjęć i przedmiotów z czasów, w których istnienie nie wierzyłem, i na ułamkach pamięci mojej babci, jedynej łączniczki z tamtym światem, choć łączniczki pośredniej, bo powojennej, świat przedwojenny znającej ze słyszenia. Jej wspomnienia były z drugiej ręki, zużyte, wytarte, znoszone.