Dziś wiem, że przez lata niezbyt się wysilałem. Gdy uznałem, że więcej odkryć z własnej przeszłości się nie da, robiłem tak: zasypiając, przywoływałem którąś z kilku opowiedzianych mi scen z przedwojennego życia moich przodków i intensywnie o niej myślałem. Czasem się udawało i obudziwszy się, pamiętałem, jak we śnie moi antenaci ożywali, zaczynali odgrywać role, w których ich obsadzałem. Chciałem w ten sposób cokolwiek jeszcze z tej przeszłości uszczknąć, choć wiedziałem, że te majaki są kłamstwem. Podczas jednej z takich nocy moja prababcia spojrzała nawet na mnie i w kółko powtarzała: Władysław Finazerin, Władysław Finazerin, Władysław Finazerin… Nigdy o nim nie słyszałem. Obudziłem się, sprawdziłem, czy coś wyskoczy pod tym nazwiskiem w wyszukiwarce, poszukałem na portalach genealogicznych, niczego nie znalazłem i do dziś nie wiem, co to miało oznaczać.
Dlatego zacząłem pisać tę książkę. Wiedząc, że wiele więcej o moich śląskich przodkach nie uda mi się dowiedzieć, chciałem chociaż zrekonstruować kontekst, w którym żyli. Zacząłem od mojego osobistego Piasta Kołodzieja, Urbana Kieslicha.