Mój pradziadek Franciszek był najstarszy. Żył długo, umarł parę lat temu, tuż przed dziewięćdziesiątką. Był niespokojnym duchem, a przy tym eleganckim, pięknym mężczyzną. Mieszkał niedaleko nas, ale widziałem go w przelocie może kilka razy, nigdy dłużej nie rozmawialiśmy. Nie stanowiło to dla mnie jednak problemu, bo potrzebowałem mitycznego przodka, a nie pradziadka z krwi i kości. Chodziłem do ogólniaka, wierciłem się, szukałem odpowiedzi na te same pytania co wszyscy, ale miałem do dyspozycji gotową tożsamość, w którą mogłem wskoczyć i wygodnie się w niej umościć. Inteligencka rodzina z Kresów. To dla poszukującego gówniarza los wygrany na loterii. Miałem jeszcze w zanadrzu korzenie góralskie, kongresówkowe i podkarpackie, poparte nawet kilkoma opowieściami. Był tam jakiś powstaniec styczniowy, żołnierz austrowęgierski, majątek przegrany w karty, ale nic we mnie nie drgało, gdy o tym słuchałem.