Kasprowy
Remigiusz Mróz — Kryminały

Nie zamierzał snuć dalszych rozważań. Musiał działać. Zająć się tym pożarem, który wymagał natychmiastowego ugaszenia.

Kiedy ruszył przed siebie, ręka Wardy znów drgnęła.

– Spocznij, młodsza aspirant – syknął. – To rozkaz.

– W dupie mam takie rozkazy.

Właściwie powinien się tego spodziewać. Podobnie jak tego, że kiedy zniknie w gęstwinie, Ewelina pójdzie w jego ślady.

Tak się stało, a on nie protestował. Jej obecność nie mogła pomóc, nie mogła też jednak w niczym zaszkodzić.

Będzie musiał zrealizować to, co planował, całkowicie sam.

– Skontaktujmy się chociaż z PKL – rzuciła.

– Już to zrobiłem po drodze.

– I? Z pewnością mogą załatwić jakiś sprzęt, wypuścić z którejś stacji wagon ratunkowy albo w inny sposób pomóc nam dostać się na miejsce.

Forst zbył to milczeniem.

– Panie komisarzu?

– Nie ma czasu – odparł. – Poza tym ściągnęlibyśmy tym na siebie uwagę.

Przyspieszył kroku, a ona bez trudu mu go dotrzymywała. Tempo stało się jednak na tyle duże, że praktycznie wykluczało dalsze dyskusje. Kiedy mogli, biegli. Potykali się, podtrzymywali drzew, wciąż jednak parli przed siebie, jakby się paliło.