Właśnie z tego względu wahała się, kiedy o piętnastej osiemnaście rozległ się dzwonek służbowego telefonu. Zerknęła na niego, potem na zdjęcie w ramce.
Mogła zignorować połączenie, nic wielkiego by się nie wydarzyło. Ktoś inny zająłby się tym, z czym do niej dzwoniono.
Tyle że mogło to oznaczać odwrócenie się od kogoś, kto potrzebował pomocy. A jeśli ona zrobi to teraz, być może ktoś kiedyś postąpi podobnie w sytuacji, kiedy któraś z bliskich jej osób będzie szukała wsparcia.
Odebrała, nim sygnał wybrzmiał.
– Prokurator Wadryś-Hansen, słucham – powiedziała.
– Dzień dobry, pani prokurator. Podkomisarz Mateusz Madejski, komenda wojewódzka.
Niedobrze, skwitowała w duchu Dominika. Telefon z miejskiej oznaczałby zapewne mniejszy kaliber sprawy, ale wojewódzka nie mogła zwiastować niczego dobrego. Niemal od razu pożałowała, że odebrała.
Znów zerknęła na zdjęcie Forsta i dzieci. Mogła jeszcze zrezygnować, scedować to na kogoś innego.
– Halo? – spytał Madejski. – Jest tam pani?
– Jestem.
– Świetnie. Mamy tu dość poważną sprawę, obawiam się.
– To znaczy?
Chwila zawahania potwierdzała, że podkomisarz nie przesadzał.