Kasprowy
Remigiusz Mróz — Kryminały

Matki przyciskały do siebie małe dzieci, ich mężowie starali się stać tak, by w razie czego osłonić rodziny. Edmund Osica otaczał ramionami Ingę i Olafa, jakby dzięki temu mógł w jakiś cudowny sposób zapewnić im bezpieczeństwo.

Nie miał jednak na to najmniejszych szans. Wszyscy byli zdani na łaskę człowieka trzymającego broń.

– Co robimy? – rzuciła nerwowo Ewelina.

Oddała lornetkę Forstowi, ten chwycił za jedną z lunet, po czym bezwładnie opuścił rękę.

– Panie komisarzu?

Mówiła tak do niego, od kiedy formalnie stała się jego podwładną. Nie protestował, nawet tego nie skomentował. Może potrzebowała wyraźnego rozgraniczenia między tym, co w Bieszczadach, a tym, co w Tatrach.

– Podchodzimy bliżej? – dodała. – Próbujemy nawiązać z nim kontakt?

– Nie.

– Ale…

– Im dłużej nie wie, że tu jesteśmy, tym lepiej.

Miał świadomość, że zabrzmiało to, jakby przygotowywał się do czegoś nieroztropnego. Nie zamierzał jednak mydlić Ewelinie oczu. Obróciwszy się do niej, zobaczył, że młodsza aspirant patrzy na niego ponaglająco.

– Chce pan tam wejść?

– Chcę chociaż spróbować.

– Niby jak? – jęknęła. – Ten człowiek od razu pana zobaczy, a potem…