Urwała, kiedy Wiktor wskazał gęsto porośnięte zbocze. Kosodrzewina była tak zwarta i nieprzebrana, że trudno było wyobrazić sobie, by komukolwiek udało się przez nią przebić bez maczety.
Komisarz nie miał jednak zamiaru nawet się nad tym zastanawiać.
– Zejdę kawałek w kierunku Goryczkowej – oznajmił. – Nie będzie mnie widział między tymi chaszczami, spokojnie minę miejsce, w którym wisi wagon, oddalę się i zajdę od Kasprowego.
– I?
– Parędziesiąt metrów dalej jest podpora. Mogę się na nią wspiąć, a później…
– Co? Przejść po linie nośnej do wagonika? Trzymając się jej gołymi rękami?
– Mam rękawice.
Warda spojrzała raz jeszcze na pojazd kolei, po czym utkwiła wzrok w oczach Wiktora.
– To kompletne wariactwo.
– Nie twierdzę, że nie.
– W takim razie…
– Ale to, co jedni nazywają wcześniej wariactwem, inni po fakcie określają sukcesem.
– W tym wypadku bym na to nie liczyła – uparła się. – To jest po prostu niewykonalne.