Kasprowy
Remigiusz Mróz — Kryminały

Urwała, kiedy Wiktor wskazał gęsto porośnięte zbocze. Kosodrzewina była tak zwarta i nieprzebrana, że trudno było wyobrazić sobie, by komukolwiek udało się przez nią przebić bez maczety.

Komisarz nie miał jednak zamiaru nawet się nad tym zastanawiać.

– Zejdę kawałek w kierunku Goryczkowej – oznajmił. – Nie będzie mnie widział między tymi chaszczami, spokojnie minę miejsce, w którym wisi wagon, oddalę się i zajdę od Kasprowego.

– I?

– Parędziesiąt metrów dalej jest podpora. Mogę się na nią wspiąć, a później…

– Co? Przejść po linie nośnej do wagonika? Trzymając się jej gołymi rękami?

– Mam rękawice.

Warda spojrzała raz jeszcze na pojazd kolei, po czym utkwiła wzrok w oczach Wiktora.

– To kompletne wariactwo.

– Nie twierdzę, że nie.

– W takim razie…

– Ale to, co jedni nazywają wcześniej wariactwem, inni po fakcie określają sukcesem.

– W tym wypadku bym na to nie liczyła – uparła się. – To jest po prostu niewykonalne.