To nie był przypadek. Ktoś na niego zapolował. Ktoś go śledził, był w Góralskiej Tradycji, usłyszał o planach na dziś, postanowił działać.
Musiało chodzić o niego. Przecież nie o dzieci ani o Osicę. W przypadki Forst nie wierzył.
– Jezu… – odezwała się Ewelina. – Nie miałam pojęcia.
Wiktorowi brakowało słów, by jakkolwiek odpowiedzieć. Starał się skupić na tym, co najważniejsze. Na tym, co należało zrobić.
– Ale to tym bardziej nie jest dobry pomysł – dodała.
– Masz lepszy?
– Nawet nie wiemy, czego oni chcą, co tam się dzieje ani…
– Zaraz skontaktuje się z nami albo zamachowiec z Myślenickich Turni, albo ten z wagonu – uciął Wiktor. – I pierwszym, co nam powie, będzie to, byśmy się nie zbliżali, bo zaczną ginąć zakładnicy.
Warda rozchyliła lekko usta, ale się nie odezwała.
– Musimy działać, zanim ci ludzie całkowicie odbiorą nam inicjatywę.
– Ale…
– Nie ma żadnych „ale”. Albo my, albo oni.
Forst obrócił się w kierunku wyciągu krzesełkowego, nie uszedł jednak nawet kroku, nim Ewelina złapała go za dłoń. Najwyraźniej zamiary utrzymania służbowego konwenansu nie wytrzymywały starcia z tak krytyczną sytuacją.
– Podpisze pan na nich wyrok – rzuciła.
– Przeciwnie.
– Panie komisarzu…
– Cofnij rękę.