Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Coś bły­snę­ło mi da­le­ko w tyle koło Ma­ria­nel­li, ale nie by­łem pew­ny, czy to oni, tam­ten wóz za­raz się scho­wał. Ta ba­nal­na, nie­dłu­ga tra­sa wy­pcha­na za­afe­ro­wa­nym tłu­mem na ko­łach mnie jed­ne­mu da­wa­ła przy­wi­lej ta­jem­ni­cy czy­ha­ją­cej spo­so­bem nie­po­ję­tym dla wszyst­kich po­li­cji sta­re­go i no­we­go świa­ta, ja je­den nie po to mia­łem w au­cie na­dy­mak, pły­wa­ki, ra­kie­tę, żeby się wcza­so­wać, ale żeby ścią­gnąć na sie­bie nie­wia­do­my cios. Tak pró­bo­wa­łem się pod­eks­cy­to­wać, da­rem­nie, bo urok daw­no już wy­wie­trzał z tej eska­pa­dy, nie za­sta­na­wia­łem się nad za­gad­ką śmier­cio­no­śnej zmo­wy, tyl­ko nad tym, czy nie za­żyć dru­giej pli­ma­si­ny, bo wciąż cie­kło mi z nosa. Wszyst­ko jed­no, gdzie jest chry­sler. Na­daj­nik ma stu­mi­lo­wy za­sięg. A bab­cia mia­ła na stry­chu majt­ki ko­lo­ru tej lan­cii. O szó­stej dwa­dzie­ścia za­czą­łem gnać. Ja­kiś czas je­cha­łem za volks­wa­ge­nem, miał wy­ma­lo­wa­ne z tyłu wiel­kie ba­ra­nie oczy, któ­re pa­trzy­ły na mnie z czu­łym wy­rzu­tem. Auto – wzmac­niacz oso­bo­wo­ści. Po­tem do­sta­łem się w lukę za ro­da­kiem z Ari­zo­ny z na­lep­ką HAVE A NICE DAY na zde­rza­ku.