Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Za mną i przede mną pię­trzy­ły się na da­chach ło­dzie mo­to­ro­we, wod­ne nar­ty, wor­ki, wę­dzi­ska, de­ski do pły­wa­nia, to­bo­ły ma­li­no­we i po­ma­rań­czo­we, Eu­ro­pa wy­ci­ska­ła z sie­bie fla­ki, żeby mieć a nice day. Pią­ta dwa­dzie­ścia pięć. Pod­nio­słem, jak set­ki razy, pra­wą, po­tem lewą rękę, pa­trząc na wy­pro­sto­wa­ne pal­ce. Nie drża­ły. A to miał być pierw­szy zwia­stun. Ale czy moż­na być pew­nym? Nikt prze­cież nic nie wie. A gdy­bym tak wstrzy­mał na mi­nu­tę od­dech, toby się do­pie­ro Ran­dy prze­stra­szył. Co za idio­tycz­ny po­mysł.