Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Być w Ne­apo­lu i We­zu­wiu­sza nie wi­dzieć – a ja nie zo­ba­czy­łem. Mia­łem do wul­ka­nów sto­su­nek pe­łen życz­li­wo­ści. Oj­ciec opo­wia­dał mi o nich przed snem pół wie­ku temu. Nie­dłu­go będę star­cem, po­my­śla­łem, i tak mnie to za­sko­czy­ło, jak­bym so­bie po­wie­dział, że nie­dłu­go będę kro­wą. Wul­ka­ny to było coś so­lid­ne­go, bu­dzą­ce­go za­ufa­nie. Zie­mia pęka, lawa pły­nie, domy się walą. Wszyst­ko ja­sne i cu­dow­ne, kie­dy się ma pięć lat. Li­czy­łem na to, że przez kra­ter moż­na zejść do środ­ka Zie­mi. Oj­ciec temu prze­czył. Szko­da, że nie do­żył – był­by mi rad. Nie my­śli się o prze­ra­ża­ją­cej ci­szy tych nie­skoń­czo­nych prze­strze­ni, gdy sły­chać wspa­nia­ły dźwięk za­cze­pów cu­mu­ją­cych no­śnik do mo­du­łu. Co praw­da nie­dłu­ga była moja ka­rie­ra. Nie oka­za­łem się god­ny Mar­sa. Prze­żył­by to bo­daj cię­żej ode mnie. Więc cóż – żeby umarł po moim pierw­szym lo­cie? Tak pla­no­wać tę śmierć, żeby za­mknął oczy, wie­rząc we mnie, czy to cy­nicz­ne, czy tyl­ko głu­pie? A nie ła­ska uwa­żać tro­chę na ruch? Wcho­dząc w lukę za psy­cho­de­licz­ną lan­cią, zer­k­ną­łem we wstecz­ne lu­ster­ka. Chry­sle­ra od Hert­za ani śla­du.