Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Wia­dukt. Po­wie­trze za­ło­po­ta­ło wzdłuż be­to­no­wych pa­choł­ków. Zer­ka­łem w bok, jak­bym pod­kra­dał pej­zaż. Cu­dow­na była zie­lo­na pust­ka po ho­ry­zont za­mknię­ty gó­ra­mi. Z le­we­go pasa spę­dził mnie fer­ra­ri pła­ski jak plu­skwa. Znów ki­cha­łem sal­wa­mi, jak­bym klął. Szy­bę mia­łem wy­punk­to­wa­ną reszt­ka­mi much, no­gaw­ki le­pi­ły się do ły­dek, od­blask wy­cie­ra­czek ska­kał mi do oczu. Wy­tar­łem nos, pacz­ka kle­ene­xu spa­dła mię­dzy fo­te­le i sze­le­ści­ła w prze­cią­gu. Kto opi­sze mar­twą na­tu­rę na or­bi­cie. Kie­dy czło­wiek my­śli, że ma już wszyst­ko przy­wią­za­ne, na­ma­gne­so­wa­ne, umo­co­wa­ne, do­kle­jo­ne przy­lep­cem, za­czy­na się ist­ny se­ans – rój­ka pi­sa­ków, oku­la­rów, luź­ne koń­ców­ki ka­bli wiją się jak jasz­czur­ki, a naj­gor­sze są okrusz­ki. Po­lo­wa­nie z od­ku­rza­czem na cwi­bak… A łu­pież? Prze­mil­cza­na spra­wa te ku­li­sy ko­smicz­nych kro­ków ludz­ko­ści. Tyl­ko dzie­ci py­ta­ły naj­pierw, jak się siu­sia na Księ­ży­cu…