Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Góry ro­sły, bru­nat­ne, spo­koj­ne, cięż­kie i jak­by swoj­skie. Jed­na z lep­szych stron Zie­mi. Dro­ga zmie­nia­ła kie­ru­nek, słoń­ce prze­su­wa­ło się kwa­dra­ta­mi we­wnątrz auta i to też przy­po­mi­na­ło nie­my, ma­je­sta­tycz­ny ob­rót świa­teł w ka­bi­nie. Dzień we­wnątrz nocy, jed­no ra­zem z dru­gim, jak przed stwo­rze­niem świa­ta, i sen sta­ją­cy się jawą o la­ta­niu, i po­mie­sza­nie, osłu­pie­nie cia­ła, że jest tak, jak nie może być. Słu­cha­łem wy­kła­dów o cho­ro­bie lo­ko­mo­cyj­nej, ale my­śla­łem swo­je. To nie były zwy­kłe mdło­ści, lecz pa­ni­ka ki­szek i śle­dzio­ny, wnętrz­no­ści za­tra­ca­ły się, zwy­kle nie­wy­czu­wal­ne, zgła­sza­ły pro­test. Wprost li­to­wa­łem się ich ogłu­pie­niu. Pod­czas gdy­śmy się de­lek­to­wa­li ko­smo­sem, na­szym cia­łom ro­bi­ło się od nie­go nie­do­brze. Od razu mia­ły go zu­peł­nie dość. Cią­gnę­li­śmy je tam, a one sta­wa­ły dęba. Za­pew­ne tre­ning ro­bił swo­je. Prze­cież i niedź­wie­dzia moż­na na­uczyć jaz­dy na ro­we­rze, ale czy niedź­wiedź jest do tego? Prze­cież to tyl­ko po­śmie­wi­sko.