Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Nie da­wa­li­śmy za wy­gra­ną, usta­wa­ły ude­rze­nia krwi do gło­wy, tę­że­nie je­lit, ale było to tyl­ko od­ro­cze­nie po­ra­chun­ków, bo trze­ba było w koń­cu wró­cić. Zie­mia wi­ta­ła mor­der­czą pra­są, wy­pro­sto­wa­nie ko­lan, grzbie­tu sta­wa­ło się roz­pacz­li­wym wy­czy­nem, gło­wa le­cia­ła na wszyst­kie stro­ny jak kula z oło­wiu. Zda­wa­łem so­bie spra­wę z tego, że tak bę­dzie, wi­dzia­łem atle­tycz­nych męż­czyzn, jak się wsty­dzi­li, że nie mogą kro­ku po­stą­pić, sam kła­dłem ich do wa­nien, woda wy­zwa­la­ła chwi­lo­wo od wagi cia­ła, ale dia­bli wie­dzą, cze­mu wie­rzy­łem, że ze mną tak nie bę­dzie.