Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Ten bro­da­ty psy­cho­log mó­wił, że to każ­dy tak. A po­tem, gdy czło­wiek już na po­wrót oswo­ił się z cią­że­niem, or­bi­tal­na nie­waż­kość po­wra­ca­ła w snach jako no­stal­gia. Nie na­da­je­my się do ko­smo­su i wła­śnie przez to z nie­go nie zre­zy­gnu­je­my. Czer­wo­ny roz­błysk spły­nął mi w nogę, wy­mi­ja­jąc świa­do­mość. Se­kun­da mi­nę­ła, nim po­ją­łem, że ha­mu­ję. Opo­ny chru­pa­ły po roz­sy­pa­nym ryżu, grud­ki były co­raz więk­sze, jak grad. Nie, szkło. Ko­lum­na zwal­nia­ła co­raz bar­dziej. Pra­wy pas za­sta­wio­ny ochron­ny­mi stoż­ka­mi. Usi­ło­wa­łem wy­do­stać się spoj­rze­niem z tło­ku aut. Gdzie? Na pole opusz­czał się wol­no żół­ty śmi­gło­wiec, kurz jak mąka kłę­bił się pod ka­dłu­bem. Dwa wbi­te w sie­bie pu­dła z wy­rwa­ny­mi ma­ska­mi. Tak da­le­ko od dro­gi? A lu­dzie? Opo­ny znów chru­pa­ły po szkle, je­cha­li­śmy noga za nogą wzdłuż po­li­cjan­tów wy­wi­ja­ją­cych rę­ka­mi „prę­dzej! prę­dzej!”. Heł­my po­li­cyj­ne, ka­ret­ki, no­sze, koła ska­po­to­wa­ne­go auta jesz­cze się krę­ci­ły, mi­gacz jesz­cze mu mru­gał. Jezd­nią pły­nął dym. As­falt? Nie, chy­ba ben­zy­na. Ko­lum­na wra­ca­ła na pra­wy pas, od szyb­ko­ści lżej się od­dy­cha­ło.