Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Pro­gno­za prze­wi­dy­wa­ła czter­dzie­ści tru­pów. Po­ka­za­ła się mo­sto­wa re­stau­ra­cja, obok z mro­ku hal du­żej Area di Se­rvi­zio ły­ska­ły wście­kle gwiazd­ki spa­wa­nia. Spoj­rza­łem na licz­nik. Wnet bę­dzie Cas­si­no. Na pierw­szym za­ko­lu prze­sta­ło mnie na­gle krę­cić w no­sie, jak­by pli­ma­si­na te­raz do­pie­ro przedar­ła się przez ma­ka­ron.

Dru­gi wi­raż. Drgną­łem, czu­jąc czyjś wzrok w nie­moż­li­wy spo­sób idą­cy z dołu, jak­by ktoś le­żał tam na wznak i ob­ser­wo­wał mnie zim­no spod fo­te­la. To słoń­ce roz­ja­śni­ło okład­kę ma­ga­zy­nu z blon­dyn­ką wy­sta­wia­ją­cą ję­zyk. Nie pa­trząc, po­chy­li­łem się i od­wró­ci­łem śli­ski ze­szyt pi­sma na dru­gą stro­nę. Pan ma za bo­ga­te ży­cie we­wnętrz­ne jak na astro­nau­tę, po­wie­dział mi ten psy­cho­log po te­ście Ror­scha­cha. Wy­cią­gną­łem go na roz­mo­wę. A może on mnie wy­cią­gnął. Uwa­żał, że są dwa ro­dza­je stra­chu, wy­so­ki, od wy­obraź­ni, i ni­ski, pro­sto z ki­szek. Może chciał mnie w ten spo­sób po­cie­szyć, su­ge­ru­jąc, że je­stem za do­bry?