Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Nie­bo wy­ci­ska­ło z sie­bie ob­ło­ki zle­wa­ją­ce się w biel­mo. Zbli­ża­ła się sta­cja ben­zy­no­wa. Zwol­ni­łem. Wy­prze­dził mnie mło­dzie­żo­wy sta­rzec, dłu­gie siwe wło­sy roz­wie­wał mu wiatr, gnał przed sie­bie z ochry­płą fan­fa­rą, zgrzy­bia­ły Wo­tan. Zje­cha­łem ku pom­pom. Gdy na­le­wa­no mi ben­zy­nę, wy­chy­li­łem całą za­war­tość ter­mo­su ze zbrą­zo­wia­łym cu­krem na dnie. Szy­by w roz­pry­skach tłusz­czu i krwi nie prze­tar­li. Pod­je­cha­łem da­lej, ku wy­ko­pom, wy­sia­dłem i roz­pro­sto­wa­łem ko­ści. Stał tu duży oszklo­ny pa­wi­lon han­dlo­wy. Adams ku­pił w nim ta­lię kart, na­śla­dow­nic­two wło­skie­go ta­ro­ka z XVIII czy XIX wie­ku. Sta­cja była w roz­bu­do­wie, dół wy­ko­pa­ny dla no­we­go dys­try­bu­to­ra oka­lał bia­ły, jesz­cze nie­wy­wal­co­wa­ny żwir. Szkla­ne pły­ty roz­su­nę­ły się przede mną. Wsze­dłem do środ­ka. Było pu­sto. Sje­sta? Już po sje­ście. Prze­sze­dłem mię­dzy ster­ta­mi ko­lo­ro­wych pu­deł i sztucz­nych owo­ców. Bia­ły eska­la­tor pro­wa­dzą­cy na pię­tro ru­szył, gdy się zbli­ża­łem, a kie­dy ob­sze­dłem go, sta­nął.