Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Zo­ba­czy­łem się w te­le­wi­zo­rze koło wi­tryn, czar­no-bia­ły ob­raz drżał w sło­necz­nych re­flek­sach, wi­dzia­łem się z pro­fi­lu. Chy­ba nie by­łem na­praw­dę taki bla­dy. Ani jed­ne­go sprze­daw­cy. Na kon­tu­arach pię­trzy­ła się pa­miąt­ko­wa tan­de­ta, sto­sy kart, na pew­no tych sa­mych. Szu­ka­łem w kie­sze­ni drob­nych, roz­glą­da­jąc się za sprze­daw­cą, kie­dy żwir na dwo­rze za­chru­pał pod ko­ła­mi. Z bia­łe­go opla, któ­ry za­trzy­mał się za­ma­szy­ście, wy­sia­dła dziew­czy­na w dżin­sach, wy­mi­nę­ła rów i we­szła do pa­wi­lo­nu. Wi­dzia­łem ją, od­wró­co­ny, w te­le­wi­zo­rze. Sta­ła, nie ru­sza­jąc się, kil­ka­na­ście kro­ków za mną. Wzią­łem z lady imi­ta­cję sta­re­go drze­wo­ry­tu, We­zu­wiusz dy­mią­cy nad za­to­ką, były tam też pocz­tów­ki z po­do­bi­zna­mi fre­sków pom­pe­jań­skich, któ­ry­mi gor­szy­li się nasi oj­co­wie. Dziew­czy­na zro­bi­ła kil­ka kro­ków w moją stro­nę, jak­by nie­pew­na, czy je­stem sprze­daw­cą. Scho­dy ru­szy­ły. Szły ci­cho, a ona sta­ła, drob­na fi­gur­ka w spodniach. Od­wró­ci­łem się, żeby wyjść. Nie było w tym nic oso­bli­we­go.