Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Twarz mia­ła pra­wie dzie­cin­ną, nie­wy­ra­zi­stą, drob­ne usta, i to tyl­ko, że pa­trza­ła prze­ze mnie za­okrą­glo­ny­mi ocza­mi, dra­piąc pa­znok­ciem koł­nierz bia­łej bluz­ki, spo­wo­do­wa­ło, że mi­ja­jąc ją, zwol­ni­łem kro­ku, a ona ze spo­koj­ną twa­rzą, bez gło­su za­czę­ła le­cieć w tył. By­łem tak nie­przy­go­to­wa­ny, że nim do­sko­czy­łem, le­cia­ła jak kło­da. Nie zdą­ży­łem jej po­de­przeć, osła­bi­łem tyl­ko upa­dek, chwy­ciw­szy za gołe ra­mio­na, jak­bym z jej zgo­dą kładł ją na ple­cach. Le­ża­ła jak lal­ka. Pa­trząc z ze­wnątrz, moż­na by po­my­śleć, że przy­klą­kłem nad prze­wró­co­nym ma­ne­ki­nem, bo bli­żej szyb po obu stro­nach sta­ły ma­ne­ki­ny w ne­apo­li­tań­skich stro­jach, a ja mię­dzy nimi. Wzią­łem ją za prze­gub. Puls był ni­kły, ale ty­kał rów­no. Le­żąc, po­ka­zy­wa­ła koń­ce zę­bów i biał­ka, jak­by spa­ła z nie­do­mknię­ty­mi ocza­mi. Sto me­trów da­lej za­jeż­dża­ły pod pom­pę auta, po­tem od razu za­krę­ca­ły i w bia­łym ku­rzu wra­ca­ły w hu­czą­cy nurt del Sole. Tyl­ko dwa sa­mo­cho­dy sta­ły przed pa­wi­lo­nem – mój i dziew­czy­ny. Po­wo­li wy­pro­sto­wa­łem się. Raz jesz­cze spoj­rza­łem na le­żą­cą.