Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Przed­ra­mię z wiot­ką ki­ścią, któ­re pu­ści­łem, kło­ni­ło się zwol­nio­nym ru­chem w bok. Kie­dy po­cią­gnę­ło za sobą ra­mię, uka­zu­jąc ja­sne wło­ski ob­na­żo­nej pa­chy, do­strze­głem tuż pod nimi dwa drob­ne zna­ki, jak za­dra­pa­nia albo mi­nia­tu­ro­wy ta­tu­aż. Wi­dzia­łem kie­dyś po­dob­ny u jeń­ców SS, ich runy. Ale było to ra­czej zwy­kłe zna­mię. Nogi drgnę­ły mi, by na po­wrót klęk­nąć, lecz po­wścią­gną­łem ten od­ruch. Po­sze­dłem do wyj­ścia. Jak­by pod­kre­śla­jąc, że sce­na się skoń­czy­ła, idą­ce bez­gło­śnie scho­dy sta­nę­ły. U pro­gu obej­rza­łem się. Stos ko­lo­ro­wych ba­lo­nów prze­sła­niał le­żą­cą, ale zo­ba­czy­łem ją w da­le­kim te­le­wi­zo­rze. Ob­raz drżał. Wy­da­ło mi się, że to ona drgnę­ła. Po­cze­ka­łem dwie albo trzy se­kun­dy. Nic. Szkla­ne drzwi prze­pu­ści­ły mnie usłuż­nie. Prze­sko­czy­łem wy­kop, wsia­dłem do hor­ne­ta i cof­ną­łem się, żeby zo­ba­czyć re­je­stra­cję opla. Była nie­miec­ka. W środ­ku z barw­nej mie­sza­ni­ny rze­czy ster­czał gol­fo­wy kij. Mia­łem nad czym my­śleć, włą­cza­jąc się do ru­chu. Wy­glą­da­ło to na ci­chy atak epi­lep­tycz­ny, pe­tit mal. By­wa­ją ta­kie, bez drga­wek.