Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

By­łem go­tów. Cały plan mia­łem w gło­wie. Trzy kwa­dran­se na obiad plus za­pła­ce­nie ra­chun­ku i ode­bra­nie klu­czy­ków, pół go­dzi­ny do au­to­stra­dy ze wzglę­du na szczyt, dzie­sięć mi­nut re­zer­wy. Zaj­rza­łem do szaf, usta­wi­łem wa­liz­ki przy drzwiach, umy­łem twarz zim­ną wodą, spraw­dzi­łem w lu­strze, że nie znać czuj­ni­ków, i zje­cha­łem na dół. W re­stau­ra­cji był już tłok. Zla­ny po­tem kel­ner po­sta­wił przede mną chian­ti, po­pro­si­łem o pa­stę z zie­lem ba­zy­lisz­ka i kawę do ter­mo­su. Koń­czy­łem już jeść, pa­trząc na ze­ga­rek, kie­dy gło­śnik za­mam­ro­tał: „Mi­ster Adams pro­szo­ny do te­le­fo­nu!”. Zo­ba­czy­łem, jak wło­ski wsta­ją mi na grzbie­tach rąk. Iść czy nie iść? Od sto­li­ka pod oknem wstał gru­bas w pa­wiej ko­szu­li i po­szedł do ka­bi­ny. Ja­kiś Adams. Mało to jest Adam­sów? Wi­dzia­łem już, że nic się nie za­czy­na, ale by­łem na sie­bie zły. Płyt­ki był mój spo­kój. Otar­łem tłu­ste od oli­wy usta, za­ży­łem gorz­ką zie­lo­ną ta­blet­kę, po­pi­łem ją resz­tą wina i po­sze­dłem do re­cep­cji. Ho­tel ce­le­bro­wał jesz­cze swo­je plu­sze, stiu­ki i ak­sa­mi­ty, ale od ofi­cyn cią­gnę­ło ku­chen­nym za­du­chem.