Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Jak­by ary­sto­kra­cie od­bi­ja­ło się ka­pu­stą. To było całe po­że­gna­nie. Wy­sze­dłem w twar­dy upał za por­tie­rem, któ­ry wiózł moje wa­liz­ki. Auto od Hert­za sta­ło dwo­ma ko­ła­mi na chod­ni­ku. Hor­net czar­ny jak ka­ra­wan. Nie po­zwo­li­łem por­tie­ro­wi kłaść ba­ga­żu do ku­fra, bo mógł być w nim na­daj­nik, od­pra­wi­łem go bank­no­tem i wsia­dłem do auta jak do pie­ca. Od razu spo­co­ny, się­gną­łem do kie­sze­ni po rę­ka­wicz­ki. Nie­po­trzeb­nie, kie­row­ni­ca była ob­ło­żo­na skó­rą. Ku­fer był pu­sty – gdzie wzmac­niacz? Na pod­ło­dze przed wol­nym sie­dze­niem przy­kry­ty okład­ką roz­ło­żo­ne­go ma­ga­zy­nu, z któ­rej zim­no pa­trzy­ła na mnie goła blon­dyn­ka, wy­sta­wia­jąc błysz­czą­cy śli­ną ję­zyk. Nie wy­da­łem wła­ści­wie gło­su, ale coś we mnie z ci­cha stęk­nę­ło, kie­dy za­czą­łem wpy­chać się w cią­gły ruch. Ko­lum­na od świa­teł do świa­teł. Choć wy­po­czę­ty, by­łem mięk­ki, tro­chę na­bur­mu­szo­ny, tro­chę głu­pa­wo roz­chi­cho­ta­ny w so­bie, może, bo zja­dłem ko­pia­sty ta­lerz ma­ka­ro­nu, któ­re­go nie cier­pię. Jak do­tąd gro­za po­ło­że­nia spro­wa­dza­ła się do tego, że przy­bra­łem na wa­dze.