Katar
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Za na­stęp­nym skrzy­żo­wa­niem włą­czy­łem dmu­cha­wę. Za­wia­ło ukro­pem spa­lin. Wy­łą­czy­łem ją. Auta pcha­ły się na sie­bie po wło­sku. Ob­jazd. W lu­ster­kach ma­ski i da­chy. La po­ten­te ben­zi­na ita­lia­na śmier­dzia­ła cza­dem. Za­trzy­ma­łem się za au­to­bu­sem w jego cuch­ną­cym wy­de­chu. Dzie­ci, wszyst­kie w ta­kich sa­mych zie­lo­nych czap­kach, ga­pi­ły się na mnie przez tyl­ną szy­bę. W żo­łąd­ku mia­łem klu­chę, w gło­wie żar, na ser­cu czuj­nik, któ­ry za­cze­piał przez ko­szu­lę o szel­ki przy każ­dym ob­ro­cie kie­row­ni­cy. Ro­ze­rwa­łem opa­ko­wa­nie kle­ene­xu, roz­ło­ży­łem chu­s­tecz­ki na kon­sol­ce bie­gów, bo krę­ci­ło mnie w no­sie jak przed bu­rzą. Kich­ną­łem raz, dru­gi, taki by­łem za­ję­ty ki­cha­niem, że ani wiem, kie­dy Ne­apol zo­stał w tyle, zni­ka­jąc w nad­mor­skim znie­biesz­cze­niu. To­czy­łem się już po del Sole. Jak na szczyt pra­wie luź­no. Pli­ma­si­ny jak­bym wca­le nie za­żył. Ła­sko­ta­ło w oczach, z nosa cie­kło, za to w ustach schło. Przy­da­ła­by się kawa, choć wy­pi­łem w ho­te­lu dwa ka­pu­cyn­ki, ale czas na kawę do­pie­ro koło Mad­da­le­ny. „He­ral­da” znów nie było w kio­sku przez ja­kiś strajk.