Jest wtorek wieczorem, za piętnaście jedenasta, i dzień pracy w pubie Pod Koniczynką, irlandzkim lokalu na londyńskim lotnisku East City Airport, który z Irlandią ma mniej więcej tyle wspólnego, co Mahatma Gandhi, powoli dobiega końca. Zamykamy dziesięć minut po odlocie ostatniego samolotu i w tej chwili jestem tutaj tylko ja, skupiony młody człowiek z laptopem, dwie rozchichotane kobiety przy stoliku numer dwa i mężczyzna popijający podwójnego jamesona i czekający albo na lot SC107 do Sztokholmu, albo na DB224 do Monachium – ten drugi ma czterdzieści minut opóźnienia.
Siedzę tu od południa, bo Carly bolał brzuch i poszła do domu. Nie przeszkadza mi to. Nigdy nie mam nic przeciwko zostawaniu w pracy do późna. Nucąc cicho do wtóru Celtyckich dud ze Szmaragdowej Wyspy, cz. III, podchodzę i zbieram szkło ze stolika, przy którym dwie kobiety wpatrują się w jakiś filmik na ekranie telefonu. Zanoszą się swobodnym śmiechem osób po paru kieliszeczkach.
– Moja wnuczka. Ma pięć dni – oznajmia blondynka, kiedy sięgam przez stół po jej kieliszek.
– Śliczna – uśmiecham się. Wszystkie niemowlęta wyglądają dla mnie jak bułeczki z rodzynkami.