Wokół mnie sklepy zamykają się na noc, stalowe rolety, chrobocząc, zjeżdżają w dół i zasłaniają absurdalnie drogie torebki i batoniki Toblerone, czekające na tych, którzy zapomnieli kupić upominki. Światła mrugają i gasną nad wyjściem numer trzy, pięć, jedenaście, ostatni podróżni tego dnia wznoszą się w nocne niebo. Violet, sprzątaczka z Konga, popycha wózek w moją stronę, idąc wolnym, kołyszącym krokiem, a jej podgumowane buty skrzypią na lśniącym marmoleum.
– Dobry wieczór, złotko.
– Dobry wieczór, Violet.
– Nie powinno cię tutaj być o tej porze, kochanie. Powinnaś być w domu z najbliższymi.
Co wieczór mówi dokładnie to samo.
– Już niedługo – odpowiadam co wieczór tymi samymi słowami. Violet, usatysfakcjonowana, kiwa głową i rusza dalej.