Skupiony młodzieniec od laptopa i spocony koneser szkockiej sobie poszli. Kończę odstawiać szklanki i kieliszki, podliczam utarg, sprawdzając dwa razy, dopóki wydruk z kasy nie zgadza się z zawartością szuflady. Zapisuję wszystko w rejestrze, sprawdzam nalewaki, notuję, co trzeba będzie zamówić. Dopiero wtedy zauważam, że płaszcz tęgiego mężczyzny ciągle wisi na stołku przy barze. Podchodzę do niego i zerkam na monitor. Pasażerowie lecący do Monachium właśnie wchodzą na pokład, gdybym miała ochotę biec z płaszczem za tym człowiekiem. Zerkam jeszcze raz, a potem wolnym krokiem idę do męskiej toalety.
– Przepraszam? Jest tu kto?
Głos, który dobiega zza drzwi, jest zduszony i pobrzmiewa w nim histeryczna nutka. Wchodzę do środka.
Amator szkockiej pochyla się nad umywalką i ochlapuje sobie twarz wodą. Jego skóra jest biała jak kreda.
– Wywołują mój lot?
– Dopiero zaczęli. Ma pan jeszcze kilka minut.
Ruszam do wyjścia, ale coś mnie powstrzymuje. Mężczyzna wpatruje się we mnie oczami jak dwa małe guziczki pełne strachu.
– Nie mogę. – Bierze papierowy ręcznik i wyciera nim twarz. – Nie mogę wsiąść do tego samolotu.
Czekam.