Właśnie wykręca mokry kostium, kiedy do szatni wpada banda bogatych mamusiek, wypacykowanych i chudych jak szczapy. Rozłażą się po całym pomieszczeniu, zakłócając głośnymi rozmowami błogą ciszę, i zachowują się tak, jakby jej tu nie było. Sam czuje, jak jej wewnętrzny spokój, wypracowany po dwudziestokrotnym przepłynięciu długości basenu, zupełnie wyparowuje. Wystarczyła jej godzina spędzona w tym miejscu, by przypomniała sobie, dlaczego nienawidzi takich przybytków: za ten apartheid jędrnych ciał, w którym osoby odbiegające od ideału, takie jak ona, muszą się chować po kątach. Przechodziła obok tego miejsca milion razy i zastanawiała się, czy nie wejść do środka. Uświadamia sobie, że towarzystwo tego typu kobiet działa na nią tak źle, że psuje cały efekt relaksu uzyskany na basenie.
– Nina, masz potem czas na kawę? Pomyślałam, że mogłybyśmy pójść do tej uroczej knajpki, którą otworzyli za drogerią. Do tej, gdzie podają poke bowls.
– Och, bardzo chętnie. Ale muszę wyjść przed jedenastą. Potem zabieram Leonie do ortodonty. A Ty, Ems?
– O Boże, jasne! Potrzebuję wyskoczyć na ploty.