Te kobiety noszą markowe sportowe ciuchy, zawsze mają idealne fryzury i czas na kawę. Do tego torby z logo znanych marek, a nie tak jak ona – tanią podróbkę Marca Jacobsa, oraz mężów o imionach Rupe albo Tris, którzy beztrosko rzucają koperty z wysokimi premiami na lśniące blaty kuchenne pochodzące z eleganckich dizajnerskich sklepów. Te kobiety jeżdżą wielkimi terenówkami, nieskalanymi błotem, bez żenady zastawiają nimi auta innych, po czym zamawiają u zgnębionych baristów babyccino dla swoich płaczliwych dzieci i cmokają z irytacją, kiedy dostają napój niespełniający ich wyśrubowanych oczekiwań. Nie zamartwiają się, nie mogąc zasnąć do czwartej nad ranem, o rachunki za prąd, ani nie mdli ich na myśl o tym, że rano znowu zobaczą swojego nowego szefa, który powita je w błyszczącym garniturze, emanując ledwo ukrywaną pogardą.
One nie mają mężów, którzy do południa paradują w spodniach od piżamy i przybierają minę cierpiętnika przy każdym napomknięciu żony, że może by tak spróbowali poszukać pracy.