Biorę do ręki kubek zupy z dzikiej róży, który Ingrid postawiła na kuchennym stole. Chłodny, gęsty napój wypełnia mi usta. Zupa z dzikiej róży to jeden z moich przysmaków. Nadal ją lubię, podczas gdy wiele innych potraw zmieniło z czasem smak. Ciastek z bitą śmietaną nie jestem już w stanie jeść – mają smak pleśni. Mimo to Hans z uporem maniaka mi je kupuje.
– Jesteś taki chudy – mówi, jakby to była moja wina, że cierpię na zanik mięśni, albo jakbym to ja wymyślił coś takiego jak bezwartościowe, starzejące się ciało.
Odstawiam szklankę na stół i zlizuję z wąsów to, co na nich zostało.
Ingrid podchodzi do kominka i dokłada polana do ognia. Zauważyłem, że radzi sobie z tym bez problemu. Ona i jej brat są współwłaścicielami piłołuparki, która ma też funkcję chwytania i cięcia pni. Maszyna waży dwanaście ton. Nie znałem rodziców Ingrid, ale wiem, kim byli. Oboje wcześnie zmarli i przejęła po nich go- spodarstwo.