– Jesteś w siłowni – wyjaśniła Jane. – Przewróciłaś się i straciłaś przytomność. Omal nie dostałam zawału z przerażenia, choć w głębi ducha cieszyłam się, bo miałam pretekst, żeby zrobić przerwę.
Siłownia? Alice zawsze omijała takie miejsca. Czyżby ocknęła się pijana w siłowni?
– Straciłaś równowagę – zawtórował Jane ktoś szczebiotliwym, piskliwym głosem. – Ale poleciałaś! Napędziłaś nam strachu, niezdaro! Już wezwałyśmy pogotowie, więc spokojnie, zaraz będzie fachowa pomoc.
Obok Jane klęczała mocno opalona, szczupła dziewczyna z tlenionymi włosami ściągniętymi w kucyk. Miała na sobie błyszczące szorty z lycry i kończącą się nad pępkiem obcisłą czerwoną koszulkę z napisem „Spin crazy”. Alice od pierwszej chwili poczuła do niej antypatię. Nie da się obrażać i nazywać niezdarą. Elisabeth, siostra, miała na to inne określenie. Twierdziła, że Alice jest przewrażliwiona, traktuje siebie zbyt poważnie.
– Zemdlałam? – spytała Alice z nadzieją w głosie.
Ciężarne często mdlały. Jej nigdy jeszcze się to nie udało, jako dziesięciolatka uparcie ćwiczyła w nadziei, że zemdleje w kościele i zostanie wyniesiona w muskularnych ramionach pana Gillespie, nauczyciela wuefu.