Łzy wezbrały jej pod powiekami i poczuła się wyróżniona, jak zawsze, gdy rozmawiała z osobą mającą choćby nikły związek z medycyną – nawet z farmaceutką w aptece. Winiła za to matkę – w dzieciństwie za bardzo chuchała i dmuchała na dzieci. Alice i Elisabeth wyrosły na okropne hipochondryczki.
– Wiesz, gdzie jesteś? – drążył George.
– Podobno na siłowni.
– Przewróciła się, ćwicząc na stepie. – Jane przez koszulkę poprawiła ramiączko stanika. – Widziałam. Zrobiła imponujące salto w tył i wyrżnęła głową w podłogę. Straciła przytomność na jakieś dziesięć minut.
Podeszła bliżej maniaczka stepu. Alice patrzyła na dyndający koński ogon, długie smukłe nogi i twarde, rzeźbione mięśnie brzucha.
– Przypuszczam, że na chwilę się rozproszyła – zwróciła się maniaczka stepu do George’a Clooneya konfidencjonalnym szeptem „między nami, zawodowcami”. – Nie polecam tych zajęć ciężarnym. Przed rozpoczęciem kursu pytałam, czy któraś nie spodziewa się dziecka.
– Który to tydzień, Alice? – spytał George.
– Trzynasty – odparła po sekundzie. – To znaczy, czternasty. Jestem w czternastym tygodniu.