Kilka dni z życia Alice
Liane Moriarty — Literatura

Elisabeth powinna wiedzieć, do jakiej grupy zaliczyć ser topiony. Prychnie z wyższością, jak to starsza siostra, i udzieli precyzyjnej odpowiedzi. Mama w ogóle nie zrozumiałaby, o co chodzi. Byłaby zszokowana. Powiedziałaby: „Ależ skąd, nie, ani trochę! Na pewno jadłam sery pleśniowe, kiedy byłam w ciąży z wami. Wtedy nikt nie wiedział o takich chorobach”. I trułaby tak bez końca, zamartwiając się, czy Alice niechcący nie złamała jakiejś zasady. Mama starannie przestrzegała wszelkich zasad. Alice zresztą też. Frannie pewnie by nie wiedziała, ale natychmiast siadłaby przed nowiutkim komputerem i tam poszukała odpowiedzi – tak samo jak za szkolnych lat pomagała Alice i Elisabeth, szperając w Encyklopedii Britannica.

Głowa naprawdę boli.

A pewnie to zaledwie mikrocząsteczka tego, jakie będą bóle porodowe. Świetnie.

Tyle że ona przecież nawet nie tknęła sera topionego. W każdym razie świadomie.

– Alice? Alice?!

Nawet go nie lubiła.

– Ktoś wezwał pogotowie?

I znowu zapach lawendy.

Raz, kiedy odpinali pasy, Nick odburknął (w odpowiedzi na jej uwagę, którą próbowała wymusić komplement) z ręką na klamce od drzwi samochodu: „Gąsko, nie gadaj głupot. Przecież wiesz, że szaleję za tobą”.