Kobiecy głos. Zbyt donośny i uporczywy, by go ignorować. Bezlitośnie przywoływał do rzeczywistości, nie pozwalał zapaść w błogą nieświadomość.
Nie znosiła tego rodzaju głosu. Na sam dźwięk skóra zaczynała ją swędzieć jak od przyciasnych pończoch.
Co kobieta z takim głosem robi w jej sypialni?
Przekręciła głowę na bok.
– Au!
Otworzyła oczy.
Przed sobą zobaczyła tylko mgłę nieznanych kolorów i kształtów. Nie widziała nawet szafki nocnej ze szklanką wody. Wzrok znowu musiał jej się pogorszyć.
Mrugnęła. Potem znowu i wreszcie – jakby wyregulowała teleskop – obraz stał się ostry. Przed oczami pojawiły się czyjeś kolana. Dziwne.
Chude, blade kolana.
Odrobinę uniosła brodę.
Wreszcie!
Pierwej by się śmierci spodziewała niż Jane Turner, koleżanki z pracy. A jednak to ona klęczała obok, zarumieniona, z lepkimi włosami przyklejonymi do czoła. W oczach malowało się zmęczenie. Dopiero teraz Alice zauważyła jej krótką i tłustą szyję. Jane była ubrana w przepocony T-shirt i szorty. Chude białe przedramiona miała upstrzone ciemnymi piegami. Alice zwykle widywała ją ubraną od stóp do głów. Żenujący widok. Biedna, stara Jane.
– Listera, wisteria – odezwała się Alice, siląc się na dowcip.