Ciemnowłosy prokurator Leopold Bilski pewnym krokiem sunął korytarzem Sądu Rejonowego w Sopocie. Miał na sobie błękitne dżinsy, na dekolcie czarnej koszulki zawiesił przeciwsłoneczne okulary. Zatrzymał się pod jedną z sal rozpraw, przejechał palcami po zadbanym zaroście i zerknął na zegarek zapięty wokół opalonego nadgarstka. Dochodziła trzecia. Anna powinna za chwilę być wolna. Miał nadzieję, że rozprawa się nie przedłuży. Sprawa była prosta, a Górska pewna jej wyniku, ale nigdy nic nie wiadomo. Ludzie przed obliczem sądu często baranieją albo zaczynają mówić coś zupełnie innego niż w postępowaniu przygotowawczym, a to oczywiście skutkuje tym, że posiedzenia się przeciągają. Leopold usiadł przy stoliku i wpatrzył się w drzwi. Nie mogą się spóźnić. Nie tym razem! Niespokojnie postukał palcami w blat i znów zerknął na zegarek, którego wskazówki rytmicznie gnały do przodu. Nagle drzwi sali się otworzyły, a twarz Bilskiego rozjaśnił uśmiech, gdy zobaczył w nich prokurator Annę Górską. Wymieniła właśnie uścisk dłoni z jakimś łysawym mężczyzną i ruszyła w jego stronę.
– Nie czuję nóg – jęknęła. – Cały dzień w tych piekielnych szpilkach. – Zakryła twarz rękoma.