Tuż przed nimi kręci się student archeologii z Warszawy. Półnagi owinął się plakatami festiwalowymi, na głowie ma czapkę z gazety, na nodze napis „Art Fatum” – to nawiązanie do amerykańskiego jazzmana Arta Tatuma. Nazywa się Jerzy Skolimowski. Będzie wspominał:
– Nie znałem wtedy jeszcze ludzi z Sekstetu, ale ponieważ ich kondukt był zabawny, wymieniliśmy jakieś żarty. Postanowiłem wybrać się na ich próbę.
W paradzie idą też fani jazzu, wśród nich Marek Piestrak. W przyszłości zostanie reżyserem, ale na razie ma osiemnaście lat, mieszka w Gdyni i słucha jazzu. Opowiada:
– Pojechałem do Sopotu z dwoma czy trzema kolegami. Sczesaliśmy grzywki do przodu, marynarki przewróciliśmy na drugą stronę, żeby wyglądać jakoś bardziej awangardowo, i włączyliśmy się do smoka tysiącgłowego, który tupał pod transparentem „dupa”. Traktowaliśmy ten festiwal jak otwarcie drzwi na Zachód, do prawdziwego świata. Nasz własny świat był nędzny i zastępczy.
„Tego rodzaju wybryków miało być znacznie więcej” – napisze sekretarz KW PZPR w raporcie po zakończeniu Festiwalu
Sekstet Komedy w kondukcie pogrzebowym podczas parady otwierającej Festiwal