– O festiwalu, że będę to organizował, dowiedziałem się na początku lipca. Pracowałem na pół etatu w Państwowym Przedsiębiorstwie Imprez Estradowych w Gdańsku, zwanym Estradą. Mój bezpośredni przełożony nazywał się chyba Kowalik, ale mówiliśmy na niego „tramwajarz”, bo był kiedyś motorniczym i partia go skierowała na odcinek kultury. Powiedział tylko do mnie: „Zróbcie, obywatelu, festiwal, bo trzeba to zrobić”. Zadaniem mojej ekipy były sprawy techniczne. Biuro mieliśmy na ulicy Chopina 41, dwa malutkie pokoje. Chodziłem do Leopolda Tyrmanda, do hotelu, mówił mi, co trzeba zrobić, i ja to ze swoimi ludźmi robiłem. Zajęty byłem cały czas, bo problemów było pełno. Na przykład my wstawiliśmy dodatkowe krzesła do sali, a straż pożarna usuwała, bo pilnowała, żeby przejścia były wolne. Ale noclegami muzyków się nie zajmowałem. To komitet artystyczny od Tyrmanda wiedział, kogo zapraszać i gdzie przybyłych ulokować.
Największa trudność była w tym, że nikt nie był w stanie przewidzieć, jakie tłumy przyjadą.
Dzień pierwszy, poniedziałek