Miasto jest gotowe. Władze sprzyjają festiwalowi. Towarzysz Roman Kosznik (rocznik 1927), przewodniczący prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Sopocie, w połowie lipca zwierzył się dziennikarzowi „Przekroju”: „Osobiście interesuję się muzyką jazzową nie od dziś. Bywam na wszystkich koncertach tego typu, organizowanych przez gdańską Estradę”[4].
Przed sopockim dworcem stoi plansza zachęcająca do udziału w festiwalu, przy Pawilonie A wisi olbrzymi plakat autorstwa Jerzego Skarżyńskiego, nad ulicami powiewają kolorowe chorągiewki „z osobliwymi malowidłami”.
W pawilonie przygotowano tysiąc dziewięćdziesiąt dwa miejsca, czterysta siedzących dla posiadaczy karnetów („snobi” nazwie ich potem Tyrmand), dziennikarzy oraz przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Sztuki. Reszta będzie stała.
Rozpoczynająca festiwal parada w stylu nowoorleańskim ma wystartować o godzinie siedemnastej spod mola. Pójdzie ulicą Grunwaldzką, skręci w Dzierżyńskiego, potem Stalina, dojdzie do Rokossowskiego i skończy się przed Pawilonem A[5].