Kontrakt Jacksona
J. T. Geissinger — Literatura

To by było na tyle, jeśli chodzi o wyjście z twarzą.

Żeby ukryć zażenowanie, wyciągnęłam rękę i się przedstawiłam.

– Bianca Hardwick. Miło pana poznać, panie Boudreaux.

Nastąpił okropny, długi moment, kiedy sądziłam, że zacznie wrzeszczeć, ale po prostu ujął moją dłoń i potrząsnął.

– Panno Hardwick. Miło mi panią poznać.

Jak formalnie. Czyli jednak nie urodził się w stodole.

– Proszę mówić do mnie Bianca. Przepraszam za zwłokę.

Jackson puścił moją dłoń i w tym momencie zniknęła jego uprzejmość.

– Gdybym chciał nazywać panią po imieniu, zrobiłbym to. Gdzie mój stolik?

Spojrzał na mnie ze wściekłością, jego dłoń była tak ciasno owinięta wokół szklanki, że pobielały mu knykcie.

Pepper miała sporo racji. Jestem jej winna przeprosiny.

Zwalczyłam chęć kopnięcia Jacksona w goleń, zamiast tego obdarzyłam go moim najsłodszym uśmiechem ślicznotki z Południa. Nie zamierzałam dać się onieśmielić ani zastraszyć, a tym bardziej stracić opanowania przez tego aroganckiego gnojka.