Kontrakt Jacksona
J. T. Geissinger — Literatura

Uniosłam podbródek i spojrzałam mu w oczy. Powiedziałam spokojnie:

– Może i racja, że muzyka jest zbyt głośna. To musiało wpłynąć na pana słuch, bo właśnie powiedziałam, że dostanie pan stolik, kiedy tylko jakiś będzie wolny. A może mam kogoś wyrzucić? Może tę miłą, starszą parę przy pianinie? Wyglądają na takich, którzy mniej zasługują na posiłek niż pan, prawda?

Zacisnął wargi. Mięsień w jego szczęce drgnął. Powoli wciągnął powietrze przez nos.

Zastanawiałam się, czy powstrzymywał się przed roztrzaskaniem szklanki o ścianę. Serce waliło mi jak oszalałe, ale stałam w miejscu i nawet nie mrugnęłam.

W końcu przeczesał dłonią swoją rozwichrzoną czuprynę i wypuścił powietrze. Wyraźnie dało się słyszeć rozdrażnienie, które pokazywało, co myślał o wchodzeniu w interakcje z pospólstwem.

Zwłaszcza takim, które ośmielało się pyskować.

– Jak długo? – warknął.

W tym momencie mój uśmiech umarł bolesną śmiercią.

– Doprowadził pan moją hostessę do łez. Jak pan sądzi, na jak długie czekanie zasługuje pan po takim zachowaniu?

Odpowiedział mi przez zaciśnięte zęby: