– Nie jestem człowiekiem, z którym można sobie pogrywać, panno Hardwick. Jak już powiedziałem pani rozhisteryzowanej hostessie, znam wszystkich znaczących krytyków kulinarnych…
Prychnęłam.
– Ależ z nich szczęściarze!
– …i skoro moje nazwisko pojawia się przy większości dań w pani menu, spodziewałem się, że będzie pani bardziej uprzejma…
– Technicznie rzecz biorąc, Boudreaux to nazwisko pana rodziny, zgadza się?
– …ponieważ leży w moim interesie, żeby wszystko, na czym jest moje nazwisko…
– Przepraszam, w jaki sposób moje menu nagle stało się pana własnością?
– …i jeśli pani jedzenie jest tak złe jak wszystko inne, czego do tej pory doświadczyłem, w tym pani podejście, nie zawaham się porozmawiać z moimi kontaktami biznesowymi, a także z prawnikami, o tym naruszeniu znaku firmowego mojej rodziny.
Szczęka mi opadła. Wpatrywałam się w niego z przerażeniem.
– Grozi mi pan pozwem? Nie może pan mówić poważnie!
W odpowiedzi spojrzał na mnie ze zmrużonymi powiekami. Z jego piersi wydobył się niski, niebezpieczny warkot.
O nie. Nie, to niemożliwe, żeby on właśnie próbował mnie przerazić tym zwierzęcym odgłosem.