Wiedziałam, że mieszkał w Nowym Orleanie – przecież też czytałam gazety – ale tak wiele słyszałam o jego nietowarzyskości i pustelnictwie, że uznałam za nieprawdopodobne, by kiedykolwiek miał stanąć w moich progach, nawet jeśli jego rodzinny burbon zainspirował menu.
A jednak – oto on.
Całe sto dziewięćdziesiąt gniewnych centymetrów.
Przerażający na śmierć moją hostessę i powodujący upiorną ciszę na sali.
– Jak mogłam przegapić jego nazwisko na liście rezerwacji? – zawołałam. – Gdybym wiedziała, że przyjdzie, upewniłabym się, żeby dostał najlepszy stolik!
Eeny powiedziała:
– Pepper właśnie posadziła ośmioosobową rodzinę przy najlepszym stoliku. To jakieś przyjęcie rocznicowe. Prawdopodobnie spędzą tu kilka godzin.
Jęknęłam. Kusiło mnie, żeby wyjść i osobiście znaleźć dla niego stolik, ale byliśmy zawaleni robotą, więc musiałam wierzyć, że Pepper da z siebie wszystko i znajdzie dla niego jakieś miejsce.
– Bierzcie się do pracy! – poinstruowałam resztę załogi kuchennej, ponieważ przerwali to, co robili, żeby wpatrywać się w Jacksona Boudreaux, zupełnie jak wszyscy inni.