Kiedy nikt się nie ruszył, klasnęłam w dłonie. Załoga ruszyła do działania, wiedząc, że klaśnięcie oznacza branie się do roboty. Nigdy nie podnosiłam na nich głosu, nawet kiedy byłam wściekła, a to zdarzało się rzadko. Z natury byłam pogodnie usposobiona.
I właśnie miało to zostać wystawione na próbę.
– Henri, potrzebuję więcej galaretki pieprzowej! – zawołałam do jednego z kucharzy, kiedy skupiłam się ponownie na naczyniu z étouffée z kaczki, które wykładałam na talerz. Każde danie mogło opuścić kuchnię tylko po mojej drobiazgowej inspekcji. Gdy Henri podszedł do mnie z opakowaniem pikantnej galaretki domowej roboty, odepchnęłam od siebie myśli o Jacksonie Boudreaux, żeby skoncentrować się na zadaniu.
Kiedy skończyłam, szybko podałam talerze oczekującemu kelnerowi. Dwa kolejne dania, wymagające sprawdzenia, natychmiast zajęły ich miejsce za sprawą kelnera po mojej drugiej stronie. Restauracja pękała w szwach i choć była dopiero szósta, wiedziałam, że czeka mnie długa noc. Nie mogłam być szczęśliwsza.
To spełnienie moich marzeń. Dorastałam w kuchni restauracji mojej mamy i oszczędzałam przez lata, żeby otworzyć własną. Gotowanie miałam we krwi, tak samo jak jazz i Saintsów2.