Kontrakt Jacksona
J. T. Geissinger — Literatura

Zrobiła to niechętnie.

– Dobrze. A teraz wróć tam i powiedz mu, tylko uprzejmie, proszę, że właścicielka przyjdzie porozmawiać z nim za kilka minut. Potem zaprowadź go do baru i powiedz Gilly’emu, żeby podał mu drinka. Na koszt firmy.

– Ale…

– Pepper – przerwałam jej stanowczym tonem. – To jest Jackson Boudreaux. Ten facet mógłby kupić całe to miasto sto razy i bez wątpienia ma powiązania ze wszystkimi szpanerami, a to oznacza, że jeśli poczuje się źle potraktowany, każdy z nich o tym usłyszy, a to nie będzie dobre dla restauracji. Przykro mi, że nie był dla ciebie miły, ale musisz nauczyć się, jak radzić sobie z takimi typkami, żebyś sama wyszła z twarzą.

Uśmiechnęłam się, żeby złagodzić swoje słowa i ścisnęłam ramię Pepper.

– I pamiętaj, że największy łobuz w środku jest tylko wielkim dzieciakiem. Więc wyobraź go sobie w pieluszce, ze smoczkiem w buzi, i nie daj się onieśmielić.

Pepper skinęła głową i znowu pociągnęła nosem.

– Wołałabym wyobrazić sobie, jak ktoś wpycha mu w tyłek wiadro raków, w miejsce tego kija, który już tam ma.

Głośny rechot z przodu kuchni należał do Eeny.

– Urocze, Pepper – powiedziałam oschle. – A teraz idź.

Ostatni raz pociągnęła nosem i wymaszerowała z kuchni.

***