Dopiero po dziesięciu minutach mogłam wygospodarować chwilę, żeby opuścić kuchnię. Kiedy przeszłam przez metalowe drzwi, zobaczyłam, że Pepper wykonała moje polecenie.
Jackson Boudreaux stał przy końcu baru i zerkał na swojego drinka, jakby ten chamsko ubliżył jego matce. Mimo że pozostała cześć baru była zatłoczona, wokół niego pozostawało przynajmniej półtora metra wolnej przestrzeni, jakby sama jego obecność działała odpychająco.
A może śmierdzi?
Zważywszy na jego wygląd, istniała taka możliwość. Czarna, skórzana kurtka, którą miał na sobie, była tak pognieciona i poszarpana, że mogła pochodzić z innego stulecia. Gęsty zarost na twarzy wskazywał na to, że nie golił się nawet w przybliżeniu regularnie, a jego włosy – tak ciemne, jak mroczny był wyraz jego twarzy – zawijały się nad kołnierzykiem i opadały na czoło, sugerując, że nie widziały nożyczek od lat.
Nic dziwnego, że Eeny nazwała go wilkołakiem. Facet miał wygląd dzikiego, niebezpiecznego stworzenia, na które można by się natknąć podczas przechadzki po lesie o północy.