Tata nadał Dogowi takie imię, bo – jak twierdził – w pośpiechu nie wpadł na żadne inne. Ale wydaje mi się, że kochał to imię. Było takie jak on sam. Nie mówiło nic poza tym, co absolutnie konieczne, i było tak amerykańskie, że musiało być norweskie. No i kochał to psisko. Podejrzewam, że bardziej cenił sobie towarzystwo Doga niż jakiegokolwiek człowieka.
Nasze położone w górach gospodarstwo jest być może ubogie, ale rozciąga się z niego widok i należą do niego nieużytki dostatecznie rozległe, aby tata nazywał je swoim królestwem. Mogłem więc ze swojej stałej pozycji – pochylenia nad cadillakiem – dzień po dniu obserwować, jak Carl wyrusza w drogę z psem taty, ze strzelbą taty i z nożem taty. Patrzyłem, jak zmieniają się w kropki przesuwające się po gołych skałach. Ale nigdy nie słyszałem ani jednego wystrzału. A kiedy wracali do domu, Carl zawsze twierdził, że nie natknął się na żadnego ptaka, ja zaś trzymałem gębę na kłódkę, chociaż widziałem, jak kolejne stada pardw podrywają się ze zbocza mniej więcej w tej okolicy, w której znajdowali się Carl z Dogiem.
Nadszedł jednak dzień, kiedy wreszcie huknęło.