Popędziliśmy i już po kilku minutach zobaczyłem, że coś porusza się we wrzosie. To był ogon. Ogon Doga. Pies wyczuł, że się zbliżamy. Stanęliśmy nad nim. Psie oczy przypominały rozbełtane żółtka jajka.
– Nic już z niego nie będzie – zawyrokowałem. Nie dlatego, żebym był doświadczonym weterynarzem – w przeciwieństwie do wszystkich kowbojów w każdym westernie – tylko dlatego, że gdyby nawet Dog w jakiś cudowny sposób zdołał przeżyć, to życie w roli ślepego psa myśliwskiego nie było nic warte. – Musisz go zastrzelić.
– Ja? – zawołał Carl, jakby nie mógł uwierzyć, że mogę bodaj pomyśleć, że on miałby pozbawić życia jakiekolwiek stworzenie.
Popatrzyłem na niego. Na mojego młodszego brata.
– Daj mi nóż – powiedziałem.
Podał mi nóż myśliwski taty.
Położyłem jedną rękę na łbie Doga, pies polizał mnie po przedramieniu. Chwyciłem go za skórę na karku i drugą ręką poderżnąłem mu gardło. Ale byłem za delikatny, nic się nie stało, Dog tylko drgnął. Udało mi się przebić skórę dopiero przy trzeciej próbie, a wtedy przypominało to przedziurawienie kartonu pełnego soku, krew dosłownie buchnęła, jakby tylko czekała, żeby wyrwać się na wolność.