– Już – oznajmiłem, rzucając nóż we wrzos. Dostrzegłem krew w rowkach i zadałem sobie pytanie, czy trysnęła mi też na twarz, bo czułem coś ciepłego spływającego po policzku.
– Płaczesz – zauważył Carl.
– Nie mów ojcu.
– Że płakałeś?
– Że nie zdołałeś go dobić... Powiemy, że ja zdecydowałem, że tak trzeba, ale zrobiłeś to ty, okej?
Carl pokiwał głową.
– Okej.
Zarzuciłem sobie truchło psa na ramiona. Było cięższe, niż się spodziewałem, i ciągle mi się ześlizgiwało. Carl zaofiarował się, że je poniesie, ale dostrzegłem ulgę w jego oczach, kiedy odmówiłem.
Położyłem Doga przy podjeździe do stodoły i poszedłem do domu po tatę. Po drodze przedstawiłem mu ustalone wyjaśnienie.
Nie odezwał się, tylko kucnął przy swoim psie i pokiwał głową, jakby w taki czy inny sposób to przewidział, jakby to była jego wina. Potem wstał, zabrał Carlowi strzelbę, a ciało Doga wziął pod pachę.
– Chodźcie – polecił i ruszył podjazdem na strych stodoły.